Lara
Objęłam dłońmi jego twarz i pocałowałam w nos.
Zaśmiał się serdecznie i przyjacielsko poklepał mnie po głowie. Spojrzałam
mu głęboko w oczy. Nie widziałam już w nich tej udręki, która towarzyszyła mu
każdego dnia. Odkąd znowu są z Violettą, widać w nich czystą radość i
miłość. Chciałabym kiedyś poznać kogoś, kto będzie patrzył na mnie tak, jak
Leon patrzy na swoją kobietę. Mam nadzieję, że ona zdaje sobie sprawę z tego,
jaką jest szczęściarą, a jak nie to ją ukatrupię.
-O tobie. –machinalnie się do niego uśmiechnęłam. –Nawet nie
wiesz, jak się cieszę, że w końcu jesteś szczęśliwy.
-Przy tobie też byłem.
Zrobiło mi się ciepło na sercu.
Ależ on jest słodki! Nikt tak, jak Leon, nie potrafi docenić przyjaźni. Dobrze
wiedziałam, że zawsze będzie pamiętać o tym, co dla niego zrobiłam
i będzie za to wdzięczny.
-Dużo masz dzisiaj pracy?
-Frank znowu ma problem z hamulcami. Muszę to sprawdzić.
-Może przyszłabyś dziś do mnie? Zamówimy pizze i obejrzymy jakiś
głupi film. Albo może Viola coś ugotuje.
Z
miłą chęcią spędziłabym z nimi czas, ale kiedy ostatnio Leon zaprosił mnie na
takie spotkanie, zauważyłam, że Violetta jest cała spięta i jakaś taka
sztuczna. Widać było, że nie bardzo za mną przepada. Nie potrafiła ukryć swojej
zazdrości. Chciało mi się z niej śmiać, kiedy zagadaliśmy się z Leonem o
motorach, a ona w pewnym momencie, żeby zwrócić na siebie uwagę, upuściła, niby
przypadkiem, kubek. Dobrze, że był już pusty, bo szkoda byłoby dywanu, gdyby
rozlała się na niego kawa. Oczywiście naczynie się rozbiło, a Leon zrobił to,
co zrobiłby Leon. Nasz príncipe azul rzucił się na pomoc księżniczce
V., bo przecież mogłaby się skaleczyć.
W sumie to
dobrze, że jest zazdrosna. Świadczy to tylko o tym, że bardzo jej na nim zależy
i nie chce go stracić. W końcu nasza niezdecydowana panna Castillo, wie czego
chce. Postawiła na Leona i mam nadzieję, że tym razem im wyjdzie. Poza tym
zaczyna pokazywać swój charakterek. Za każdym razem, gdy widzi, że jestem
gdzieś obok jej mężczyzny, zaczyna się do niego tulić i całować, bylebym
zrozumiała, że należy do niej. No i jeszcze nie można nie wspomnieć o tym, że
zaczęła jeździć. Strasznie mnie tym zaskoczyła! To było niebywałe. Pomimo tego,
że bała się motocykli, postanowiła nauczyć się na nich jeździć, bo Leon to
kocha. Godne podziwu.
-To jak? –głos Leona ściągnął mnie na ziemię.
-Dzisiaj nie mogę, ale będę następnym razem.
Niech sobie nasze zakochańce
pobędą same. W końcu mają do nadrobienia, bagatela, siedem lat!
-No dobrze. -przytulił mnie i poszedł się przebrać.
Wróciłam
do domu i wzięłam szybki prysznic. Poczłapałam w kapciach do kuchni, zrobiłam
sobie kakao i odpaliłam laptopa. Przeniosłam się z nim i kubkiem parującej
cieczy do salonu. Upiłam łyka. Przeglądałam jakieś głupoty, które moi znajomi
wlepiali na swoich facebook-owych tablicach. Polubiłam kilka zdjęć i miałam się
wylogować, ale usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości.
<Jose> Buenos dias, seniorita!
Jose? Zmarszczyłam brwi. Nie znam
gościa. Oblukałam jego zdjęcia. No niezłe ciacho, nie powiem... Mamy aż
jednego wspólnego znajomego. Czego może ode mnie chcieć?
<Lara> Znamy się?
<Jose> Nie. Szukam
instruktora motocrossu. Nasz wspólny znajomy polecił mi Ciebie.
Uczyć takiego przystojniaka? Czemu nie? Ale najpierw muszę
dowiedzieć się kto to taki i czy można mu zaufać. W dzisiejszych czasach nie
można być pewnym nikogo! Nie mam zamiaru skończyć bez obu nerek, tylko dlatego,
że poleciałam na piękne oczy.
<Lara> Zastanowię się.
<Jose> Gracias! Nos vemos.
Obróciłam
się na lewy bok i poczułam, że promienie słońca za wszelką cenę chcą się dostać
pod moje powieki. Otworzyłam niepewnie jedną, ale zaraz tego pożałowałam.
Oślepiło mnie tak, że poczułam nieprzyjemny ból. Znowu zapomniałaś zasłonić
rolet! Skarciłam się w myśli. No nic. Pora wstawać. Przeciągnęłam się
i zeszłam do kuchni. Już tutaj wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie.
Najpierw pudełko z płatkami wypadło mi z ręki, kiedy uderzyłam się o szafkę i
rozsypałam po kuchni jego zawartość. Później, kiedy posprzątałam i udało
mi się umieścić płatki w miseczce, okazało się, że w kartonie, który
wyciągnęłam z lodówki, nie ma mleka. Zła, chwyciłam do ręki batona, który
musiał mi dzisiaj zastąpić śniadanie.
Zeszłam
do garażu i popatrzyłam z miłością na moje czerwone Ducati. Z największą
delikatnością przejechałam palcem od kierownicy po siedzenie. I na co komu
facet, jeśli w domu ma takie coś? Motocykl zawsze jest do twojej
dyspozycji, nie wychodzi z kolegami na piwo, nie ogląda się za innymi, nigdy
nie powie, że ostatnio przytyłaś. No po prostu ideał! Założyłam kask i wsiadłam
na maszynę. Pora poczuć prędkość. Wszystko było piękne, kiedy tak mknęłam pomiędzy
samochodami, denerwując kierowców, którzy musieli stać w korku, a potem na
prostej nabierałam coraz większej prędkości, do czasu aż zauważyłam w lusterku
migające, niebieskie światełko.
Wiedziałam,
że nie powinnam wychodzić dzisiaj z łóżka. Trzeba było tam zostać pod cieplutką
kołderką. Po prostu nie wiem, co mnie podkusiło! No cholera jasna!
-Ile? –z niedowierzaniem spojrzałam na mandat za zbyt szybką
jazdę.
-Przekroczyła pani prędkość i tym samym naraziła życie nie tylko
swoje, ale i innych.
Cudem powstrzymałam się od
prychnięcia. Jeżdżę od małego! Motocykl jest przedłużeniem mojego ciała, a on
mi tutaj gada takie pierdoły.
-Panie władzo... –uśmiechnęłam się do niego czarująco. -...może
wystarczyłoby tylko pouczenie? Obiecuję, że będę już ostrożna.
-Wątpię, ale może byłoby coś, co mogłaby pani zrobić, żeby uniknąć
kary. –pan policjant ściągnął ciemne okulary i posłał mi łobuzerski uśmiech.
W jego oczach zauważyłam szczere
rozbawienie. Te oczy... Gdzieś je już widziałam...
-Będziesz moim instruktorem?
Ze zdziwienia szeroko otworzyłam
usta. To Jose!
-Nie mówiłeś, że pracujesz w policji. –skrzyżowałam ręce na
piersi.
-Bo nie pytałaś. To co z tym mandatem? –wpatrywał się we mnie
uważnie.
Zaśmiałam się. Skoro ucząc go,
uniknę płacenia mandatu, to chyba wybór jest oczywisty.
W radio leciała Madonna. Nucąc pod nosem „Like a
prayer”, grzebałam w motorze. Nie wiem, co ten Frank z nim robi, ale to
jest nie do pomyślenia, że ciągle coś mu się psuje. Tym razem zalał silnik.
Wymieniałam właśnie zawór iglicowy pływaka, kiedy zaczęły się wiadomości.
Dzisiaj rano, przy Studio21 miał miejsce wypadek
samochodowy z udziałem pieszego. Kierowca samochodu marki BMW, potrącił
pracującą w szkole nauczycielkę i zbiegł z miejsca wypadku. Policja prosi
wszystkich świadków o zgłoszenie się...
Mój Boże! Violetta!
Bezskutecznie próbowałam dodzwonić się do Leona. Pewnie
jest już w szpitalu. Porzuciłam moją pracę i szybko tam pojechałam. Miałam
nadzieję, że nic poważnego się jej nie stało. Co za kretyn ucieka z
miejsca wypadku? Wpadłam do dyżurki
pielęgniarskiej i spytałam, gdzie leży Violetta.
-Sala 307, ostatnia po lewej.
Ruszyłam we wskazanym
kierunku. Zatrzymałam się pod drzwiami, słysząc drżący głos Violi. Nie chciałam
podsłuchiwać, ale jakoś tak wyszło...
-Jak to koniec? Leon, przecież się kochamy.
-Ja nie. –powiedział głosem wypranym z
emocji.
-Ale jak to? –jej głos się załamał.
-To była tylko gra.
Gra? Jaka gra? Co on wygaduje?
-Nie rozumiem...
-Po prostu chciałem się na tobie zemścić, za
to, co mi zrobiłaś.
-Wyjdź.
Zauważył mnie, kiedy wychodził z sali. Chciałam go zatrzymać, ale wyrwał
mi się i szybkim krokiem zmierzał do wyjścia. Popatrzyłam na Violettę. Rzuciła
się na łóżko i zaczęła przeraźliwie szlochać. Wyciągnęłam z kieszeni komórkę i
napisałam do Fran, żeby do niej przyszła. Nie powinna być teraz sama. Ja muszę
pogadać z Verdasem...
